Święta Rito od spraw beznadziejnych, chroń nas od Trójcy Świętej trucicieli sprzedaży
Są rzeczy, na które agent nieruchomości jest przygotowany.
Negocjacje.
Banki.
Notariusze.
Kaprysy rynku.
Klienta, który po sześciu miesiącach poszukiwań kawalerki w Porto mówi: „A może jednak domek w Alentejo.”
Urzędnicy, odsyłający nas z kwitkiem o 12:25, bo za 5 minutinhos jest już pora na „santo almoço” i doutora Catarina z okienka nr 6 idzie zjeść dorsza.
Ale są siły, wobec których nawet doświadczenie bywa bezradne.
Mówimy tu o Świętej Trójcy Trucicieli Sprzedaży, którymi bywają: Ojciec Architekt, Syn Adwokat i Duch Święty Teściowa. Amen.
To oni przychodzą, kiedy transakcja już prawie ma skrzydła. Robią zbolałą minę i mówią:
— Poczekajmy.
— Przemyślmy.
— Kolega sprawdzi.
I wszystko się zaczyna sypać.
Dlaczego każdy pośrednik powinien odmawiać codziennie:
„Święta Rito od spraw beznadziejnych,
patronko aktów notarialnych zagrożonych,
broń nas przed architektem liczącym cegły,
przed adwokatem widzącym klauzule apokalipsy,
i przed teściową, która „ma przeczucie”.
Daj klientom odwagę podpisywać,
a doradcom powściągliwość w sianiu paniki.
I nie wódź nas na konsultacje rodzinne,
ale zbaw nas od grup na WhatsAppie.
Amen.”
Nie rynek zabija sprzedaż. Zabijają ją adwokat, architekt i teściowa
Bo choć mówi się location, location, location — doświadczenie pokazuje, że równie ważne jest: ograniczyć zbędne konsultacje, wybrać zaufanego, lokalnego doradcę i pytać go o wszystkie szczegóły nieruchomości i transakcji, podejmować rozważne decyzje w porozumieniu ze specjalistą na rynku, a nie domorosłym pomagierem-malkontentem.
W nieruchomościach największe ryzyka to wcale nie stopy procentowe czy gorszy przelicznik walut. To ludzie, którzy „tylko chcą doradzić”.
Nie rynek zabija sprzedaż. Zabijają ją adwokat, architekt i teściowa.
Jest taki moment w każdej dobrze rokującej transakcji, kiedy myślisz: to już! NIF wyrobiony, konto w banku otwarte, wizyty odbyte. Klient zakochany, finanse dopięte, nieruchomość trafiona.
I wtedy, jak w greckiej tragedii, wchodzą oni: Trzej jeźdźcy apokalipsy sprzedaży.
Adwokat.
Architekt.
Teściowa.
Każde z nich w inny sposób:
Adwokat
Przychodzi zwykle z energią człowieka, który właśnie odkrył międzynarodowy spisek.
— A czy deweloper na pewno istnieje?
— A jeśli ten zapis w umowie oznacza katastrofę cywilizacyjną?
— A jeśli wspólnota kiedyś zakaże trzymania pelargonii na balkonie?
Po dwóch godzinach klient nie kupuje mieszkania, nic już mu się nie podoba i generalnie nienawidzi Portugalii, wszędzie węszy spisek i rozważa program ochrony świadków.
Architekt
To ten od liczenia cegieł. On nie ogląda mieszkania, on prowadzi dochodzenie godne FBI.
Mówi: „układ jest nieergonomiczny” o salonie, w którym wszyscy chcieliby mieszkać.
Potrafi obrzydzić świetny zakup, a potem… próbować kupić w tym samym budynku.
Klasyka gatunku.
Teściowa
Najpierw, z energią godną pinczera wypuszczonego z klatki, zagląda do każdej szuflady, pod listwy podłogowe i mocuje się z kranami, czy aby nie obluzowane. Ona nie pyta, ona WIE.
Wie, że jest ŹLE — mieszkanie jest za ciemne, za małe, schody strome, okna wąskie, za daleko od kawiarni, a tak w ogóle to w 1987 widziała lepsze.
JUŻ SIĘ NIE BUDUJE TAK, JAK KIEDYŚ!
— wzdycha dramatycznie i ociera krople potu chustą kwiecistą.
Nie ma argumentu silniejszego niż kobieta w sile wieku, która „po prostu czuje”, że to nie to.
A najgorsze? Czasem oni mają rację.
Problemem bowiem nie jest sama rada. Ba! Doświadczony agent wie, że dobra sprzedaż to taka, kiedy cała rodzina mówi unisono: bierzemy!
Czasami jednak, w obcym kraju, albo kupując nasze pierwsze lokum, stąpamy po niepewnym gruncie. Wtedy cudzy lęk staje się ważniejszy niż własna decyzja.
I ile świetnych transakcji umarło nie przez cenę, nie przez kredyt, nie przez rynek…
tylko przez: „pokażmy to jeszcze znajomemu adwokatowi…”
Tego nie policzy nawet kolega architekt.