Porto – klimatyczna uliczka przy rzece Douro z portugalskim bacalhau i kawą

Portugalia od A do Z: miłość, dorsz i zimne domy

Za Adrianą Bąkowską de Carvalho…

Za Adrianą Bąkowską de Carvalho, niegdyś korespondentką Polskiego Radia w Lizbonie, powtarzam banał: „Portugalia ma wiele twarzy”; niektóre śmieszą, inne wzruszają, a jeszcze inne – straszą…

Mieszkam tu już od prawie dwudziestu lat, a wciąż łapię się na tym, że bezwiednie wydaję okrzyki radości, zdziwienia, zgorszenia, uśmiecham się lub pukam w czoło…

Laików, którzy mają romantyczną wizję nadoceanicznego kraju, ze śnieżnobiałymi domkami pokrytymi błyszczącymi w słońcu kafelkami, pachnącego solą i morską bryzą, niniejszym sprowadzam na ziemię: oprócz uniesień i zachwytów, przygotujcie się na brud i smród!

Pierwszym i trwającym do dziś szokiem był dla mnie aromat wszędobylskiego suszonego dorsza, czyli bacalhau… Moja Mama, skądinąd wyczulona na zapachy jak i jej córki, uparcie twierdziła podczas pierwszych zakupów w lokalnym supermarkecie: „Córciu, tu naprawdę coś zgniło! Niemożliwe, żeby jedzenie tak fatalnie śmierdziało!”…

Tradycyjnie dorsz był suszony z braku innych sposobów konserwacji, w czasach odkrywców, którzy takie specjały zabierali jako suchy, nomen omen, prowiant na karawele, którymi płynęli podbijać nowe ziemie. Stulecia minęły, Portugalia zubożała, straciła kolonie, już nie jest tą światową potęgą, co za czasów Vasco da Gamy, uciekł im ostatni król Sebastian, sen o potędze jednak pozostał, a z nim – dorsz!

Nie jestem w stanie zrozumieć, jakże takiego suchciela, który nieumiejętnie przyrządzony smakuje i przypomina konsystencją rozmokłą szmatę do podłogi (puszczam wodze wyobraźni, nigdy szmaty nie jadłam, brr!), ktokolwiek przy zdrowych zmysłach może przedkładać nad świeże ryby, których różnorodność i dostatek oraz przystępne ceny są jak przedsionek do raju dla rybożerców, do których się dumnie zaliczam.

Najwidoczniej albo zawiodły tu moich ukochanych Portugalczyków siły umysłowe, lub też przywiązanie do tradycji jest równie silne w kuchni, co w innych dziedzinach życia. Spolegliwość i opór przed zmianami i reformami to bowiem kolejny kolec na tej luzytańskiej róży…

Skoro jednak miało być alfabetycznie, zacznę od literki A…

A jak AMOR, czyli miłość…

Niektórzy rodacy wybierają Portugalię jako metę na emeryturę, miejsce na drugi, letni dom albo cel intratnych inwestycji w nieruchomościach. Inni – zostają tutaj po skończonej wymianie studenckiej w ramach programu „Erasmus”, wracają po udanym urlopie na dłużej – zaznać życia w trybie „slowlife”, zwolnić, wyzdrowieć w otoczeniu pięknej przyrody i racząc się śródziemnomorską dietą.

To jednak miłość, ta fatalna (lub nie!) siła, przyciąga rzesze Polaków, a zwłaszcza Polek, do Portugalii; większość znajomych mi dziewczyn przyjechało tu za głosem serca, rzucając niejednokrotnie wszystko: rodzinę, pracę, znajomych, domy, plany dla Pedra, Gaspara, Miguela, Jorge, Hugo, Mária, Vasco, Sergia, João, Tiaga czy też Filipe.

Niektóre z nas zostały, ułożyły sobie życie, założyły rodziny, biznesy, zapuściły korzenie… Inne – powróciły rozczarowane do Polski, z bagażem cudownych wspomnień i bolesnych przestróg na temat rodzaju męskiego (gatunek: Latynos) na przyszłość: zasada numer jeden to unikać podstarzałych maminsynków, niezdolnych do zmiany wygodnego pokoiku, wiktu i opierunku przy rodzicach, na dorosłe, odpowiedzialne życie.

Zasada numer dwa: wystrzegać się uroczych i niebezpiecznych oszustów, kobieciarzy, złodziei, mataczy i naciągaczy.

Zasada numer trzy: jeśli znalazłaś Miłość przez duże „M”, choćby i 3500 km od rodzinnego domu, siedź na „D” jak dupa i celebruj „SZ” jak szczęście! I tego się trzymajmy!

B jak BACALHAU…

…czyli suszony dorsz, który mnie prześladuje, bowiem każdy zapewnia, że kolejny przepis otworzy mi oczy na „króla portugalskiego stołu” i każdy próbuje mnie nawracać na ścierę.

Jedynego dobrego dorsza (odmaczanego w mleku, delikatnego w smaku i wyjątkowo niepływającego w hektolitrach oliwy), przyrządza moja Teściowa i jedna restauracja w Amarante, resztę gastronomicznych przygód z tą rybą przypłaciłam jazdą do Rygi i nie była to bynajmniej przyjemna wycieczka, co niniejszym tłumaczę, gdyby ktoś miał problemy ze zrozumieniem ironii (patrz: I jak IRONIA).

C jak CARALHO…

…czyli najpopularniejsze przekleństwo po portugalsku, które wulgarnie opisuje męskie przyrodzenie. Historycznie oznacza „bocianie gniazdo” na statku, na które za karę wysyłano majtka, aby lornetował horyzont.

Współcześnie używane jest ono jako przecinek, kropka, średnik i myślnik w ulicznej składni portugalskiego języka. Szczególnie na północy Portugalii przekleństwa są chlebem powszednim i bynajmniej nie oznaczają braku szacunku wobec rozmówcy, wręcz przeciwnie – gdy ktoś sypnie soczystym słownictwem, możesz być pewny, że oto właśnie zostałeś zaakceptowany jako pełnoprawny partner do rozmowy.

Jeśli natomiast jesteś niewiastą, najwyższym stopniem uznania wśród płci przeciwnej, która obrazowo wyraża zachwyty nad Twoją urodą i krótką spódnicą poprzez okrzyki, wymachiwanie ramionami, gesty, spluwanie, gwizdanie, cmokanie i inne guturalne dźwięki, jest wypowiedziany z namaszczeniem „komplement” (patrz: P jak PIROPOS): „foda-se!!!”, ni mniej ni więcej, tylko „ja pier…”…

Na szczęście niektórzy Portugalczycy są bardziej wysublimowani, powstrzymują na wodzy język i nie uciekają się do tak dosadnych wyrażeń!

D jak DESZCZ…

…który co prawda obmywa brudne portugalskie ulice, jednak lubi też niszczyć dachy i nadawać portugalskim domom, budowanym na „słowo honoru”, specyficzny, stęchły zapaszek.

Zwykle żartuję, że w Portugalii z grzybem na ścianach należy się zaprzyjaźnić, jest bowiem tak powszechny w niewietrzonych czy niedogrzanych budynkach. Prawda jest jednak taka, że świadczy on o anomaliach i błędach w sztuce budowlanej.

Na północy kraju pada od listopada do kwietnia, a deszczowa aura napawa melancholią i tęsknotą za polską, białą zimą oraz każe przywdziewać kilka warstw swetrów i polarów, chroniących przed przenikliwym zimnem. Brr!

Brak opadów jednakże daje się we znaki rolnikom i powoduje spadek produkcji winogron, kasztanów i oliwek – głównych produktów eksportowych Portugalii. I tak źle, i tak niedobrze, a będzie i tak, jak Bóg zechce…

D jak DEUS…

…czyli Bóg.

Kościoły świecą pustkami, Portugalia przeżywa kryzys powołań i wiary, Bóg jednak obecny jest w codziennej mowie i wydaje się, że jest ostateczną wyrocznią i decydującą mocą wszelkich zdarzeń i starań.

Mawia się np. „até amanhã, se Deus quiser”, czyli: „do jutra, jeśli Bóg zechce”.

Wszystko ma się odbywać „como Deus manda”, czyli „jak Pan Bóg przykazał”, a jeśli ktoś nie jest z kolei „zbyt katolicki”, oznacza to – w zależności od kontekstu – że zachowuje się niezgodnie z zasadami, jest oszustem, krętaczem, jest przeziębiony bądź… brakuje mu „piątej klepki”.

E jak „A”…

…czyli wymowa samogłosek po portugalsku.

Fonetyka języka portugalskiego różni się od innych języków romańskich tym, że samogłoski wymawia się w tylnej części jamy ustnej. Dlatego warto zawsze weryfikować pisownię nazw miejscowości, do których się wybieramy; jeśli ktoś wysyła nas do „Emerynty”, jedźmy do… Amarante (na tego bacalhau, niech już im będzie!).

Mam na ten temat swoją osobistą teorię, otóż Portugalczycy mają bardzo wydatne szczęki, a wielu z nich przodozgryz, stąd te tylne symygłysky 😉

F jak FRIO…

…czyli zimno.

Z powodu niedostosowania domów i innych pomieszczeń do zmian temperatury, latem zdycha się tu z gorąca (z rzadka przeżyć pomaga wiatraczek czy klimatyzacja), zimą natomiast zamarza się na kość.

Kiedy mieszkanie czy dom są niedogrzane, chcąc nie chcąc, czeka nas remont i przystosowanie go do używalności!

Nigdy w życiu nie wymarzłam się tak, jak w Portugalii, gdzie na pytanie o ogrzewanie centralne ludzie robią wielkie oczy i odpowiadają niezmiennie:
– Po co? Przecież dom ma okna po słonecznej stronie!
lub też:
– Po co? Przecież jest salamandra!
(rodzaj blaszanego pieca, „kozy”, dymiącej i grzejącej powietrze w promieniu 1,5 metra).

Poza tym, jakże to POLKA, z dalekiej północy i bliskiego sąsiedztwa Syberii, odczuwa zimno?! Ot, zagadka…

Pozostaje przywdziać kolejną warstwę odzieży, dogrzewać się winem, elektrycznym kocem, butlą z wodą, przystojnym Portugalczykiem (opcja nocna), a w desperacji i ostateczności zakląć pod nosem:
„frio do caralho!!!”.

Oby do wiosny!

Czy podobało Ci się? Podziel się!
Powiązane artykuły