Portugalskie życie w pigułce

Portugalia od A do Z – koty, kawa i chaos na drogach

Kolejna część subiektywnego alfabetu Portugalii — pełna kotów, mocnej kawy, absurdów drogowych i codziennych scenek z życia w Porto.

G jak GOŁĄB…

czyli wszędobylskie stworzenie, które za pan brat z mewą wyjada ze śmietników resztki pożywienia, zamieszkuje opuszczone domy i zatyka kominy w nielicznych domach, zaopatrzonych w kominy. Czasem gołąb wpada do kuchni, trzepocząc skrzydłami o szafki, tłucze się po 2 metrach kwadratowych w panice i wyzwala fobię graniczącą z histerią (moje doświadczenie erasmusowe). Martwego gołębia zjada nienażarta mewa lub kot — nic w miejskiej dżungli się nie marnuje…

G jak GATO…

czyli kot, równie wszędobylski jak gołębie, równie ochoczo dokarmiany przez rzesze starszych pań i panów. Siedzą, leżą lub majestatycznie przechadzają się na każdym schodku, gzymsie, parapecie czy poręczy… Umieralność wśród kotów jest wysoka — nie wynika to jednak z ich akrobatycznych upodobań, bardziej z szalonych kierowców (patrz: K jak kierowca), liczebności psów oraz chorób, takich jak schorzenia nerek, serca czy choroby zakaźne, łapane od rzesz bezpańskich kocich współbratymców na ulicy (patrz: R jak rua).

Sama mam trzy kotki w domu, które czasem wypuszczają się „na łajzy”, a wszystkie z nich są adoptowane lub znalezione. W Porto częste są kolonie dzikich kotów, których przycięte ucho świadczy o tym, że zostały już zaszczepione i wysterylizowane przez wolontariuszy. Życzliwość wobec kotów jest czymś powszechnym, czego niestety nie da się powiedzieć o psach, często opuszczanych lub wywożonych do lasu, gdy już nie polują, nie rodzą rasowych szczeniaków i stają się „bezużyteczne”…

H jak HISTERIA…

pojawia się z rzadka wśród Portugalczyków, chyba że akurat gra ulubiona ekipa piłkarska. Wtedy ryczy radio, krzyczy telewizja, faluje ulica, powiewają chorągwie, a przepełnione metro zawozi rozhisteryzowanych kibiców na stadion, gdzie do woli mogą tłoczyć się, bić w bębny, kląć, płakać, wrzeszczeć, skakać, wymachiwać flagami, wygrażać sobie nawzajem i bić w obnażone piersi.

Po zakończonej rozgrywce piłkarskiej wracają jednak spokojnie do domów, wsuwają małe portugalskie stopy w kapcie, zasiadają przed ucichłymi już odbiornikami telewizyjnymi i zatapiają się w melancholijnej flegmie, nie myśląc bez potrzeby o jutrze — przecież i tak będzie „jak Bóg zechce”.

I jak IRONIA…

Portugalczycy to bardzo prostolinijny lud — niewielu z nich „chwyta” ironię, sarkazm i rozumie aluzje. Dlatego zapewne bardzo obraziliby się na mój wpis o histerii i kapciach… Zupełnie niepotrzebnie, wszak gdybym miała ich naprawdę dość, już dawno wyjechałabym z Portugalii. Na razie jednak, jak widać, siedzę tu niczym kura na jajkach.

J jak JAJKA…

czyli główny składnik portugalskich słodyczy i ciastek. „Ovos moles” to zastygły kogel-mogel stanowiący krem, masę, podstawę, ozdobę lub nadzienie 90% portugalskich wypieków. Przysmak tłumów i zmora dietetyków, kardiochirurgów oraz diabetologów, którzy potem zbijają cholesterol portugalskim smakoszom albo leczą jego niszczące skutki.

K jak KASZTANY…

nazywane także „brunatnym złotem Portugalii”, są przysmakiem dość sezonowym, a ich pojawienie się zwiastuje bezpowrotny koniec lata i początki mglistej pory deszczowej (trzy miesiące deszczu, zimna i ciapy nie zasługują bynajmniej na miano zimy…).

Dostępne w supermarketach, w pięknych, brązowych, błyszczących skórkach (uwaga! Dziurka oznacza, że w środku zamieszkał robak ;-)), sprzedawane są na wagę lub w zestawie: kasztany + jeropiga, czyli likier, którym się je popija — oczywiście po nacięciu, posypaniu gruboziarnistą solą, upieczeniu w piekarniku lub ognisku i obraniu ze skórki.

Można je także ugotować w szybkowarze z dodatkiem liści laurowych lub ziaren anyżu. Mają wtedy jednak nieco mączną konsystencję i oblepiają zęby. Obmycie czerwonym, pysznym winem (patrz: W jak wino) — niezbędne! A potem marsz na leczenie zębów do Polski 😉

Najlepsze castanhas kupuje się jednak u ulicznych sprzedawców, którzy swoje przenośne wózko-piecyki ustawiają w strategicznych punktach miasta — przy ruchliwych ulicach handlowych i przy plaży. Kasztany serwowane są w rożkach zwiniętych ze stron książki telefonicznej lub gazety wydzieranej na poczekaniu. Ekologia po portugalsku, smak — najlepszy na świecie!

K jak KIEROWCY…

w tej części świata najbezpieczniej jest nie wchodzić im w drogę. Lepiej (choć nie zawsze…) korzystać z transportu publicznego lub przemierzać miejskie pagórki pieszo — to wersja dla ambitnych, wysportowanych i będących na diecie.

Jeśli jednak miejska dżungla nam niestraszna, potrafimy zachować zimną krew i mamy wykupione dobre ubezpieczenie — własne i auta — możemy zaryzykować i usiąść za kierownicą. Gdy usiadłam za kółkiem w Porto, po zaledwie półtora roku jazdy mogłam już zaliczyć na swoim koncie: oberwane lusterko ze strony pasażera, wgnieciony zderzak i zszargane nerwy. Nie mam najlepszej opinii o drogowych manierach Portugalczyków, z fantazją zmieniających pas ruchu i przejeżdżających na czerwonym świetle…

Kierowcy autobusów przegubowych, niczym rajdowcy, na dystansie 50 metrów pod górkę rozpędzają się jak torpedy i slalomem wymijają samochody po to, by ze świstem opon nagle zahamować na światłach, tak aby pasażerami mogło porządnie zarzucić.

Do autobusów wchodzi się gęsiego, bez przepychanek, przednimi drzwiami — kulturalnie. Kiedy jednak zamkną się drzwi, kończy się dobre wychowanie i uprzejmość. Możemy za to doznać bliskości pośladka lub torsu starszego pana (80% pasażerów autobusów w Porto to mężczyźni w sile wieku), wstrząsanego spazmami kaszlu wydobywającego się z głębi piekieł („wstąpił do piekieł — po drodze mu było”…). Zdarzyło się to mojej Mamie — do dziś wzdryga się na to traumatyczne wspomnienie 😉

Gdy chcemy uniknąć takich przeżyć i wpatrzeni w szybę, przyklejeni do drzwi, poręczy lub innego niecielesnego obiektu, przyciśniemy guziczek „przystanek na żądanie”, ryzykujemy natomiast złamany nos, obite żebra czy choćby nadwerężone ścięgno.

Witamy serdecznie pasażerów: no risk, no fun…

Na kierowców samochodów czekają równie intensywne przeżycia. Portugalczycy jeżdżą jak chcą, nie stosują kierunkowskazów, wyjeżdżają znienacka z podporządkowanej ulicy i wykłócają się, że wiedzą lepiej, co dyktuje kodeks drogowy. Jak pewien podstarzały rowerzysta w odblaskowych okularach, który prawie wyleciał mi na maskę i awanturował się przez kwadrans, wykrzykując i wymachując rękoma ku uciesze obecnych nieopodal pracowników budowy (patrz: T jak trolha).

Cóż mi pozostało — załatwiłam go iście po portugalsku, nazywając starym osłem, a jego odpowiedź zagłuszając klaksonem, pierwszym i najważniejszym narzędziem każdego szanującego się kierowcy. W końcu sobie poszedł, a raczej pojechał, palant! A panowie na budowie bili brawo, zachwyceni widokiem krewkiej blondynki (patrz: W jak włosy).

Kiedy indziej byłam świadkiem wypadku, gdy pewna pani zagapiła się i wjechała w drzewo, które następnie runęło jej na auto i przecięło maskę na pół. Na szczęście oprócz szkód materialnych i huku na pół dzielnicy skończyło się jedynie na złamanym nosie pani-gap y, wywleczonej z wraku przy wtórze klaksonów rozeźlonych kierowców niezadowolonych z zablokowanego pasa ulicy…

A powinni już być przyzwyczajeni. Zajmowanie pasa (lub dwóch) jazdy jest tu bowiem chlebem powszednim — ulice są wąskie, aut dużo, a miejsc parkingowych niedostatek. Co więc robi taki pomysłowy Dobromir, czy raczej João? „Przytula” auto do zaparkowanego już obok pojazdu, zaciąga ręczny hamulec, włącza światła awaryjne (lub nie!), po czym spacerkiem idzie wybrać pieniądze z bankomatu, odebrać dziecko z pobliskiej szkoły, kupić bułki w piekarni, zamienić kilka słów o polityce z przechodniami albo wychylić mini kawusię w barze obok. Komu by się tam spieszyło…

Innym popularnym miejscem parkingowym, czy też postojowym, wręcz idealnym na spotkanie większej grupy przyjaciół, jest… rondo! Tyle niewykorzystanego miejsca — trzeba zastawić!

Gdy jednak znajdzie się w miarę „legalne” miejsce parkingowe, trzeba przygotować się na liczne manewry, aby wcisnąć auto pomiędzy inne pojazdy tak, by zostawić im hojne 2–3 cm na wyjazd. Pomaga w tym ochoczo (i za drobną opłatą) samozwańczy pan parkingowy, czyli arrumador — często bezdomny, a prawie zawsze pogrążony w odmętach narkotyków lub oparach alkoholu.

Gdy czasem zdarza mi się wyruszyć samej do centrum z dziećmi, jestem automatycznie zwolniona z tych „opłat”. Etyka zawodowa czy ludzki gest?… Warto takiemu panu oddać ostatnie 20 centymów za „pilnowanie” samochodu — mamy wtedy pewność, że zastaniemy go na prowizorycznym parkingu w stanie nienaruszonym.

Pan, który arrumadora odpędził jak natrętną muchę, a któremu niegdyś wgniotłam reflektor, cofając zbyt nerwowo auto, na pewno miał potem niemiłą niespodziankę… A ja zbiegłam z miejsca „wypadku”, co gryzie mnie do dziś. Pocieszam się jednak, że takiemu chytrusowi przydała się nauczka!

K jak KAWA…

pyszna, aromatyczna, mocna, stawiająca na nogi i przyprawiająca o zawrót głowy niedoświadczonych kawoszy… Jest tu tradycją społeczną — „iść na kawę” oznacza bowiem iść poplotkować, obgadać interes lub urwać się z pracy na zasłużoną przerwę.

Kawa w Portugalii jest najlepsza w Europie, o czym poświadczy — choć niechętnie — nawet Hiszpan!

Parzona od świtu do nocy, ogrzewa ciało i duszę, dodaje energii latem, otuchy zimą i jest bardzo demokratycznym napojem, bo… tanim! Każdego stać tu na wyjście na kawę i pobranie wraz z nią codziennej dawki ploteczek z dzielnicy.

Próżno szukać tu kawy parzonej „fusiatej” czy rozpuszczalnej. W portugalskich kawiarniach i kawiarnio-piekarniach napój kofeinowy występuje w następujących kategoriach:

Café – małe espresso, mocne jak piorun, gorzkie jak piołun, podnoszące ciśnienie i pobudzające od rana; w Lizbonie zwane czasem bica, a w Porto: cimbalino.

Café cheio – dla tych, którym mało naparstka „esencji kawowej” i proszą o dolanie odrobiny wrzątku do pełna malutkiej filiżanki.

Café descafeinado – dla wrażliwych na kofeinę, kobiet w ciąży, po 20:00 dla ogółu społeczeństwa oraz niezależnie od pory dnia — dla hipochondryków.

Café pingado lub pingo – espresso z kropelką mleka. Może być klasyczne lub bezkofeinowe.

Café com casca de limão – espresso ze skórką cytryny, niezrównane remedium na ból głowy.

Meia de leite – kawa z mlekiem w równych proporcjach, serwowana w nieco większych filiżankach, przy czym mleko podawane jest gorące i często spienione.

Galão – ulubienica mojego Brata, czyli portugalski odpowiednik latte.

Oprócz różnych rodzajów kawy istnieje też niepisana zasada, że po posiłku pije się kawę bez mleka, a „duże” kawy jedynie na śniadanie i podwieczorek. Nigdy nie zapomnę zgorszonego kelnera, gdy po kolacji poprosiłam o meia de leite…

Kawę serwuje się również na zwieńczenie posiłku — czyli po deserze, a nie w jego trakcie. Próba zamówienia kawy jednocześnie z deserem najczęściej skazana jest na porażkę.

Czy podobało Ci się? Podziel się!
Powiązane artykuły